Nowe Epifanie – zaiste objawienie…

Na kulturalnej mapie Warszawy wyrósł w tym roku kolejny punkt serwujący melomanom muzykę dawną (a nie ma ich aż tylu w stolicy). W ramach festiwalu Nowe Epifanie – Gorzkie Żale, który trwa przez cały okres liturgicznego Wielkiego Postu odbyły się trzy koncerty prezentujące muzykę XVI i XVII wieku.

Pierwszy z koncertów zatytułowany „Triduum Polskie” odbył się 3 marca w Archikatedrze św. Jana, która ledwo pomieściła publiczność. Kolejka melomanów ciągnęła się aż do Placu Zamkowego. Takie zainteresowanie przerosło oczekiwania organizatorów i koncert rozpoczął się z półgodzinnym opóźnieniem. Ponieważ znajdowałam się bliżej końca tego ogonka, musiałam się zadowolić staniem pod jednym z filarów.

Na program wieczoru składała się Missa Paschalis Marcina Leopolity, powiązane z nią tradycyjne pieśni polskie oraz utwory z tabulatury Jana z Lublina w wersji organowej i wokalnej. Całość została ułożona z jednej strony w taki sposób, aby ukazać powiązania między utworami wokalnymi a ich opracowaniami na organy, które często daleko odchodziły od pierwowzorów, wykorzystując przy tym możliwości instrumentu oraz oderwanie od warstwy tekstowej. Z drugiej strony, program prowadził słuchaczy śladem historii zbawienia, czyli od ukrzyżowania do zmartwychwstania. Natomiast całość dawała obszerny przegląd muzyki funkcjonującej w Polsce w XVI wieku.

Przez tę muzyczną panoramę prowadziły publiczność trzy instancje: zespół graindelavoix pod kierownictwem Björna Schmelzera – niewątpliwa gwiazda wieczoru, Monodia Polska z Adamem Strugiem oraz Maria Erdman zasiadająca przy katedralnych organach.

Było to moje drugie zetknięcie z belgijskim graindelavoix na żywo. Pierwszego, które odbyło się podczas ostatniej edycji Kromer Festival w Bieczu, nie wspominam zbyt dobrze. Nie mogłam się wtedy oprzeć wrażeniu, że interpretacje nie były dobrze przygotowane. A znając możliwości tego zespołu z nagrań, spodziewałam się czegoś więcej. Podchodziłam zatem do ich warszawskiego występu z pozycji sceptyka. Wypadł on znacznie lepiej i poczułam, że wszystkie odrębnie brzmiące głosy łączy wspólna myśl. W żargonie muzycznego zaplecza można powiedzieć, że śpiewacy przestali czytać nuty, a zaczęli „robić muzykę”. To już coś.

Muzyka organowa to zawsze miód na moje uszy klawiszowca. Tak również odbierałam interpretacje Marii Erdman, która za pomocą rejestracji zgrabnie przykroiła potężny instrument katedralny do szesnastowiecznej praktyki organowej. Zagrane ze swobodą utwory brzmiały barwnie i przekonująco. Wśród muzyki powstałej przed niemal pięcioma wiekami pieśni religijne wykonane przez Monodię Polską stanowiły łącznik między dawnym a współczesnym światem. Chociaż, o ile teksty do dziś przechowały się w tradycji w stanie niezmienionym, o tyle melodie i sposób śpiewania zwracały się w stronę przeszłości.

Być może jedyne, czego można żałować, to fakt, że nikt ze słuchaczy nie spodziewał się chyba koncertu trwającego 2,5 godziny. Nie wszystkim udało się dotrwać do jego końca z różnych przyczyn. Z drugiej jednak strony, takie nieco ekstremalne przeżycia pamięta się zdecydowanie dłużej.

Drugi koncert z cyklu, pod hasłem „Rusz się stworzenie”, wypełniła muzyka właściwie nieznana i nieobecna we współczesnym obiegu muzycznym. W sobotnie popołudnie 12 marca publiczność miała okazję posłuchać, czym rozbrzmiewały przed wiekami wnętrza polskich klasztorów benedyktynek.

Zalecenia soboru trydenckiego co do życia zakonnego kobiet nakazujące jak największe odseparowanie mniszek od świata „wymusiło” udział kobiet w oprawie muzycznej liturgii nie tylko poprzez wykonywanie chorału. W efekcie reformy powstawały zespoły złożone z samych zakonnic śpiewających i grających na instrumentach. Głównie dla takich właśnie zespołów przeznaczony był repertuar zaprezentowany na koncercie w Katedrze św. Jana Chrzciciela. Pochodził on z trzech źródeł związanych z klasztorami benedyktynek w Jarosławiu i Sandomierzu: z rękopisu z I połowy XVII wieku zawierającego utwory polichóralne na głosy żeńskie, ze źródła z I połowy XVIII wieku m. in. z pieśniami z tekstami polskimi oraz z tzw. kancjonału Jadwigi Dygulskiej – zbioru utworów na instrumenty klawiszowe pochodzącego z II połowy wieku XVIII. Szeroko opisuje je Magdalena Walter-Mazur w swojej książce „Figurą i fraktem : kultura muzyczna polskich benedyktynek w XVII i XVIII wieku”.

Ożywienia tego zapomnianego repertuaru podjęła się Agnieszka Budzińska-Bennet prowadząc połączone siły własnego ensemble Peregrina oraz schola Flores Rosarum z Krakowa, którą na co dzień kieruje s. Susi Ferfoglia. Przy organach katedralnych ponownie zasiadła Maria Erdman.

Nie był to pierwszy raz, kiedy te dwa zespoły występują razem. Poprzednią okazją do współpracy było wykonanie moralitetu Hildegardy z Bingen w 2013 roku. Nic zatem dziwnego, że pod wodzą Agnieszki Budzińskiej-Bennet brzmiały one spójnie i jasno, a słuchacze mogli podziwiać smaczki polichóralnych motetów. Równie dobrze brzmiały pieśni polskie wykonane przez Flores Rosarum z towarzyszeniem organowym Marii Erdman. O pozytywnych odczuciach słuchaczy niech świadczy fakt, że gdy śpiewaczki zeszły z chóru na wykonanie ostatnich dwóch utworów, publiczność nie mogła powstrzymać się od oklasków mimo prośby organizatorów. Był także bis w postaci średniowiecznego Alleluja. Żałuję jedynie, że nie zabrzmiały wszystkie utwory z kancjonału Dygulskiej przewidziane w programie. Te, które usłyszałam, odznaczały się w większości prostotą faktury i śpiewnością tematów, z czym dobrze współgrała oszczędna rejestracja. Dla porządku należy wspomnieć, że Maria Erdman do pierwotnego zapisu na dwie ręce dodała partie pedałowe. Mimo wszystko z korzyścią dla całości wykonania.

Podczas trzeciego koncertu o tytule „Rosa mystica” w niedzielny wieczór 19 marca zabrzmiało 15 sonat misteryjnych na skrzypce i basso continuo Heinricha Ignaza Franza von Bibera. Ten pokaźnych rozmiarów cykl został wydany w Salzburgu w 1676 roku z dedykacją dla ówczesnego arcybiskupa tego miasta słynącego z zamiłowania do modlitwy różańcowej. Wykonania tego dzieła podjął się młody skrzypek Robert Bachara, a towarzyszyli mu Teresa Kamińska na wiolonczeli oraz Marco Vitale na klawesynie i pozytywie.

Zastanawiam się, jak owe sonaty mogły brzmieć w kaplicy arcybiskupiej… Ponieważ nawa główna kościoła sióstr wizytek przy Krakowskim Przedmieściu okazała się niezbyt szczęśliwym miejscem na ten kameralny koncert. Dźwięk skrzypiec (zwłaszcza w dynamice piano) tonął w pogłosie, czasem również pod dźwiękami klawesynu, który był wykorzystywany dużo częściej niż pozytyw. Szkoda, bo właśnie przy akompaniamencie pozytywu można było w pełni podziwiać bardzo ekspresyjną grę Roberta Bachary. Skrzypek w pełni wykorzystał możliwości barwowe instrumentu (a właściwie pięciu – po każdej sonacie następowała zmiana skrzypiec) przechodząc sprawnie od delikatnego piano do szorstkiego forte. Jednak przy całej wirtuozerii i brawurze wykonania czegoś mi brakowało. Posługiwanie się słowami typu „głębia” niewiele wnosi, mówienie o „wzruszeniach” jest zbyt górnolotne, a szukanie misterium w Sonatach misteryjnych – zbyt ostentacyjne. Wyrażę się zatem inaczej: idąc na koncert chciałabym, aby grana muzyka przykuła moją uwagę w stu procentach. Tego wieczoru tak się nie stało, chociaż w kilku momentach koncertu, jak przy sonacie IV, na początku sonaty VI, czy podczas finałowej passacaglii poczułam coś więcej niż uznanie dla umiejętności technicznych. Znakomici współpracownicy (jak w przypadku Teresy Kamińskiej i Marca Vitale) mogą tylko pomóc w uzyskaniu dobrego efektu. Niemniej publiczność nagrodziła muzyków owacją na stojąco. Na bis zabrzmiała Ricercata prima Giovanniego Bassano, muzyka kapeli weneckiej bazyliki San Marco działającego na przełomie XVI i XVII wieku.

Tegoroczna edycja festiwalu Nowe Epifanie – Gorzkie Żale postawiła znacznie bardziej na muzykę dawną niż w poprzednich edycjach. Pierwszy koncert z udziałem zespołu graindelavoix, niekwestionowanej gwiazdy muzycznej części festiwalu, zgromadził niezwykle liczną publiczność. Kolejne dwa cieszyły się mniejszym powodzeniem, choć prezentowały równie ciekawy repertuar w interesujących wykonaniach. Czy słuchacze zniechęcili się nieco po niezapowiedzianie długim i intensywnym koncercie wokół tabulatury Jana z Lublina i mszy Marcina Leopolity? Jak wynika z zapowiedzi, podczas kolejnej edycji festiwalu można spodziewać się podobnego cyklu koncertów z muzyką dawną. Pozostaje zatem czekać do przyszłego roku.

Justyna Raczkowska – 2 w 1: filolog i muzykolog. Jedną nogą w literaturze frankofońskiej, drugą w muzyce dawnej i w jazzie. Pracownik Biblioteki Narodowej w Warszawie i doktorantka filologii romańskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

fot. J. Poremba